Autentyki - humor i rozrywka

Sytuacyjne

Kategoria dość specyficzna kategoria w serwisie. Wpadki słowne czy też sytuacje, które mają sens w danej, konkretnej sytuacji. Wtedy są śmieszne i zrozumiałe dla innych. Kluczem jest bardzo dobry opis zdarzenia.

Subskrybuj RSS dla kategorii Sytuacyjne.

Wszystkie teksty w kategorii "Sytuacyjne": 1008

Moja siostra poważna studentka wraca niedawno do domu z jakiegoś zaliczenia na uczelni, gdzieś po drodze miała wstąpić po jakieś swoje lekarstwa do apteki.
Wchodzi do kuchni i wywiązuje się taki oto dialog miedzy nią a rodzicielką:

Ma: Paulina wybrałaś te swoje lekarstwa z apteki?
P: no przecież byłam specjalnie po nie jeszcze, a co?
Ma: nie nic chciałam wiedzieć tylko, a po co ty w ogóle szłaś do tej apteki?
P: no przecież mówiłam ci ze po OLIWĘ DO GłOWY!

Pewnego dnia zabrałem ze sobą mojego dziadka do sklepu w centrum miasta aby kupić mu nowa parę butów.
Zatrzymaliśmy się, aby kupić sobie coś szybkiego do przekąszenia. Kiedy podchodziłem do stolika gdzie siedział dziadek, zauważyłem jak przygląda się on nastolatkowi z nastroszonymi różnokolorowymi włosami.
Mój dziadek przyglądał mu się uważnie, aż w końcu młody chłopak bardzo wulgarnie odezwał się do dziadka:
- Co k..wa stary dziadu gapisz, nigdy w życiu nie zrobiłeś nic zwariowanego ?
Znając mojego dziadka, szybko połknąłem kawałek pizzy który miałem w ustach, aby nie zakrztusić się podczas jego odpowiedzi. Nie zawiodłem się. Bardzo spokojnie i bez zmrużenia oka odpowiedział :
- Tak....raz się tak najebałem, że wyruchałem pawia, i właśnie się zastanawiam, czy nie jesteś przypadkiem moim synem......

Tę historię opowiedziała mi koleżanka :D Pewnego razu znajomy jej ojca wyjechał do Francji na jakiś czas. No i trzeba było kupić chleb. Facet wchodzi do piekarni, a tu problem - jak jest chleb po francusku? Za nic nie mógł sobie przypomnieć, więc próbował gestami wskazać, co chce kupić. Sprzedawczyni podawała mu kolejne bagietki, ale żadnego chleba. Gościu się zdenerwował i powiedział (po polsku):
- No to pocałuj mnie w dupe!
Na co sprzedawczyni, zadowolona że wkońcu usłyszała znajome słowo:
- Du pain! Du pain! (czyt. du pę :D)
I sprzedała mu ten chleb :)

Kiedyś na biologii nauczyciel powiedział, że sperma zawiera cukier. Jedna dziewczyna zapytała, dlaczego, w takim razie, nie ma słodkiego smaku. Kiedy się zorientowała, co powiedziała, zaczerwieniła się jak ostatnia cegła. Wtedy nauczyciel powiedział, że słodki smak można wyczuć tylką przednią częścią języka, a nie fragmentem bliżej gardła. Dziewczyna się poryczała i wybiegła z klasy.

Moja mama jest nauczycielką. Pewnego razu inna nauczycielka (pani K.) wybierała się na bal, więc cały pokój nauczycielski (same panie) ruszył z pomocą :) Każda poprzynosiła różne sukienki i pani K. zaczęła przymierzać. Wśród okrzyków zachwytu wybrano pewną sukienkę, która przypominała tę, którą podwiewało Marilyn Monroe na znanym zdjęciu :) jednak przy zakładaniu pani K. zepsuła zamek. No i jak to? Sukienka a la Marilyn Monroe, a tu zamek zepsuty? Na to moja mama palnęła:
- Cóż, jaki kraj, taka Marilyn Monroe...
Na szczęście pani K. ma duże poczucie humoru :)

Pracowałem w zakładzie krawieckim.
Pewnego dnia pracownik z krojowni materiału zwraca się do szefa:
- Szefie, potrzebuje dwóch centymetrów.
Szef odpowiada:
- Mam dwa centymetry.
Ja, stojąc tuż obok, odpowiedziałem:
- Szefie, bardzo Panu współczuję, bardzo ....
Na to Szef, jeszcze bardziej się pogrążając:
- Mam więcej(!)....mam więcej (!)

Cała akcja dzieje się w przedpokoju. Koleżanki, które wrócił z ferii chciały podzielić się z nami swoimi relacjami i przyszły do nas do domu. Nagle zadzwonił do jednej z nich telefon żeby zjawiła się w domu. Obydwie przechodzą do przedpokoju, wkładają kurtki, zakładają buty. Ja przyglądając się im z widownią oznajmiłem:

"To ile płacę?"
Widok ich twarzy będzie niezapomniany :D

Rzecz się dzieję w dyskotece takiej karczmie, w jednej ze stolic województwa.
Selekcja do klienta:
<selekcjoner>Proszę zdjąc czapkę...
<klient>Nie moge....
<selekcjoner>Dlaczego?!?
<klient>Bo nie mam ŻELU....

Pracowałam kiedyś w Biurze Numerów 118 913. Sobotnie wieczorne dyżury obfitowały w telefony od mocno wstawionych mężczyzn, którzy czasem nie potrafili dokładnie wytłumaczyć, o jaki numer im chodzi. Tego jednego pana jednak NIGDY nie zapomnę. Odbieram telefon, wygłaszam standardową formułkę " w czym mogę pomóc?" i słyszę:
Klient: dooooobry...eczór ...eeeep...ja chce numer...do tego...no...zakładu....eeeeep...no.... zakładuuuuuuuuuu nooo dobroczynniczo-masażowniczego
Ja: /dławiąc się już ze śmiechu, bo załapałam, o co mu chodzi, ale chciałam go trochę pomęczyć/ - Proszę doprecyzować zapytanie. O jaki zakład panu chodzi?
Klient: eeeep............ no jak to kur......o jaki? eeeeeeep.............. no ten, no.......... o BURDEL.
Nigdy, ani wcześniej, ani później nie słyszałam, by ktoś nazwał agencję towarzyską zakładem dobroczynniczo-masażowniczym.

Pracowałem kilka lat temu w restauracji, w Anglii, i z pewnym Piotrkiem (choć wszyscy mówili na niego pepito). Pepito kompletnie nie znal angielskiego poza "yes", "no" i "hello", dlatego przydzielono go do sprzątania stolików (mało wymagająca znajomości języka czynność). Przy okazji warto wspomnieć, ze Pepito był dość specyficznym człowiekiem.
Żeby ułatwić sobie prace (przynajmniej teoretycznie) sprawdził jak jest w słowniku kończyć - "finish", i od tego czasu pepito podchodził do klientów, mówił nonszalancko finish i zabierał im naczynia, często nawet wtedy gdy jeszcze klienci nie skończyli.
Raz pepito podszedł do mnie i mówi:
- Ty, widzisz tego grubasa przy stoliku?
-Tak, co z nim?
- Weź zabierz od niego ten kubek z kawa, bo ja już trzy razy podchodziłem i próbowałem mu zabrać, a on za każdym razem jest jakiś taki agresywny.