Autentyki - humor i rozrywka

Sytuacyjne

Kategoria dość specyficzna kategoria w serwisie. Wpadki słowne czy też sytuacje, które mają sens w danej, konkretnej sytuacji. Wtedy są śmieszne i zrozumiałe dla innych. Kluczem jest bardzo dobry opis zdarzenia.

Subskrybuj RSS dla kategorii Sytuacyjne.

Wszystkie teksty w kategorii "Sytuacyjne": 1008

W dyskotece zagadała do mnie gruba laska. Po chwili rozmowy zeszło na to, że wczoraj miałem
urodziny:
- Wszystkiego najlepszego przystojniaku. Czy jak pojedziemy do Ciebie, to sprawisz, że się uśmiechnę?
- Raczej nie. Tort już zjedzony xD

Oglądałem ten mecz (Brazylia - Niemcy 1:7) z wujkiem z Niemiec.
Gol Kroosa, wujek wychodzi do kuchni po piwo.
- Szybko, Kroos strzelił!
- Przecież wiem, widziałem zanim wychodziłem.
- Nie ten. Kolejny.
- Super. Idę na sekundę do toalety.
- Znowu przegapisz gola.
- No coś ty, 4 gola w 5 minut nie strzelą.
Schodzi dwa schodki.
- 5:0!
- K*rwa, wylać się nie można, do kuchni nalać piwa nie można. Nic k*rwa nie można.

Gimnazjum. Trwa lekcja. Jeden z uczniów, delikatnie mówiąc ciężko kumający, zamiast słuchać nauczyciela z niewiadomych przyczyn gapi się na gazetkę szkolną. Widać że wypatrzył tam coś, co nie daje mu spokoju... W końcu nie wytrzymał i z zaskoczenia pyta nauczyciela:
- A właściwie jak się pisze: AnDŻelika czy AnGelika?
Pedagog poważnie podszedł do sprawy - tłumaczy, że to zależy od widzimisię rodziców, że można użyć formy spolszczonej lub nie, itd...
Uczeń chyba zrozumiał, lekcja toczy się dalej. Lecz koleś nadal nie uważa. Chyba się zapętlił, coś kombinuje... i po kilku minutach, z pełną powagą i ciekawością zadaje kolejne pytanie:
- To zamiast AnDRZej napisać AnGej?

Pozdrawiam wszystkim Andrzejów ;)

Audycja w radiu RMF FM. Konkurs w którym do wygrania 300 000 zł. Dzwoni pan, prowadzący pyta:
- Czy chce pan wygrać dzisiaj 300 000 zł?
A on:
- Niem tak sobie k**wa dzwonie
;-)

Niedzielne popołudnie, Polo. Kolejka przy kasie. Za mną rozgorączkowana familia, przede mną - jakiś kolo, przed nim - małżeństwo w średnim wieku, które najwyraźniej dostało cynk, że Rosjanie pojutrze wystrzelą swoje głowice, bo rozładowują na taśmę dwa czubate wózki. Piwo, lody, mięso, czipsy. Wszystko to, co niezbędne w bunkrze w pierwszym tygodniu po wybuchu. Stoimy więc i czekamy. Czekając, niektórzy z nas oddają się drobnym przyjemnościom i obowiązkom. Obserwuję, słucham. Bo lubię. Obserwować i słuchać muszę. Moja wachta nie kończy się nigdy.

Elegancik raczej, pod 30 raczej, wypracowany trójkąt, usportowiona postura, obuwie nowe, niedeptane, dżinsy z luźniejszym krokiem, opięta koszulka w kolorze - każda moja, tak? -, przez lewe ramię przewieszona lanserska skóraszka, sztanga w brwi, wygolony po obu stronach głowy - szerokie pasy od skroni aż po zbrązowiałą od solarki potylicę. Tchnie Acqua di Gio i aurą triumfu w różnych dziedzinach. Dla niektórych Adrian, dla niektórych bożek. Wie o tym.

Nasze zakupy należą do tych skromniejszych. U mnie - owoce i nabiał, typowa redaktorska pasza, u niego - zestaw predatora, szczwanego imprezowicza-jebaki, czyli asceza i moc, tik-taki, kondomy (2 opakowania), red bull i zapalniczka. Czekamy. Najpierw to on dzwoni do kogoś, łasi się, jest miluchem, wręcz mruczy, - no, no, no. będę. tak, będę, będę -, w chwilę potem to do niego ktoś puka. Odbiera po dłuższym namyśle. Też kobieta, z intonacji wnoszę, że z pretensjami, mnożąca pytania.

- Nie, no nie. Mówiłem ci przecież, że dzisiaj nie. Bo nie ma mnie w Zgierzu. No tak. Nie ma mnie w Zgierzu. Mówiłem. Cześć.

To - nie ma mnie w Zgierzu - wypowiedział z takim zaangażowaniem i przekonaniem w głosie, że aż się rozejrzałem. Ej, gdzie jestem? Sosnowiec, Las Vegas? Ale nie - Zgierz. Zgierz jak w mordę, 100% Zgierza. Gruby rudy chłopczyk w dresie z - LEWANDOWSKI - na plecach dłubał w nosie, frasobliwi wąsacze z czułością dobierali bilon na flaszkę, skowane przed wejściem pieski ujadały, kasjerki wymieniały się żartobliwymi przytykami, trwała promocja na sernik z brzoskwinią i ćwiartki z kurczaka, kończył się weekend. Byłem w Zgierzu.

Zapłacił, wyszedł. Przed - zapalił papierosa. Dołączyłem wnet. Dobry słoneczny dzień. Polska naciąga już ciepłem, mocniej wchodzi w rekreację i zieleń. Obcinałem go kątem oka. Trwał w ironiczno-profesjonalnym napięciu niczym surfer wyglądający konkretnej fali, tego idealnego spiętrzenia wody i fartu, dzięki któremu mógł będzie rozpocząć serię ostentacyjnych wyczynów.

Zajechało auto, parknęło z dającym się zauważyć impetem. Wysiadła z niego kobieta. Młoda, ciemnowłosa, ładna dość. Podeszła do niego i wypaliła.

- To ciebie tak nie ma w Zgierzu? Tak ciebie nie ma, k..wa? Tak?!

Regularna scena. Zmieszał się - to mało powiedziane. Gdyby zupełnie nagi, w pióropuszu z piór flaminga karmazynowego i z ubrokaconą pytą omyłkowo wdarł się na czyjąś tłumną stypę zmieszałaby się mniej. Zbladł, zbaraniał, zbełkotał się. Próbował coś tłumaczyć, ee, yy. Na próżno. Palcem wskazującym wycelowała w swoją czerwoną yariskę i powiedziała przez zęby.

- Tam, ku**a.

Posłuchał, poszedł.

Byłem ze znajomym u niego na działce. Poszliśmy z jego ojcem na kolację do sąsiadów w odwiedziny. Podczas kolacji większość rozmawiała o różnych sprawach i opowiadała wszelkie historie i czasem anegdotki jak to bywa przy takich biesiadach.
Gdy ocknąłem się i zacząłem słuchać, okazało się, że opowiadali dowcipy. Ten konkretny który usłyszałem odnosił się do jakiejś przestrzeni, powierzchni, ilości miejsca... no to - nie chcąc być gorszym - ja na to:

" A propos przestrzeni - przypomniał mi się taki jeden kawał:
- Ilu żydów zmieści się w maluchu? - zapytałem.
- Stu Czterech. Czterech na siedzeniach, stu w popielniczce."

Zadowolony z siebie, rozglądam się po zgromadzonych, oczekując ich reakcji.
Reakcji jednak brak. Każdy siedzi i gapi się na mnie jak sroka w gnat. Wywnioskowałem, że chyba nie zrozumieli, bo to w końcu starsze pokolenie.

Kiedy wróciliśmy ze znajomym do jego domu, zamykając za sobą drzwi nagle się odzywa:
- Ty debilu - zaczął z rezygnacją. - Prawie cała ich rodzina to żydzi. Przez połowę kolacji mówili jak się chowali przed SS, a ty na to pizg*sz żartem o kremacji...

- tata, idź mi zrobić śniadanie...
- a "proszę" to gdzie?
- w kuchni

Z głodem nie ma negocjacji ;]

Sytuacja z wczoraj:
- Dzień dobry. Czy może mi pani pokroić boczek na paski o szerokości 1 cm?
- Niestety nie, mam tu tylko milimetry
- To czy może mi pani pokroić na paski 10 mm?
- Oczywiście

Zamówiliśmy taksówkę z Sawy na lotnisko. Podjeżdża kierowca płci pięknej.
- Dzień dobry, czy mogę włożyć walizkę do bagażnika
- Chyba sie nie zmiesci, mam opone w bagazniku. Jest nakaz wożenia opony zapasowej..
- Aha, ok.. To może do środka
- Nie, bo mam skóre.
- Aha..

Zaskoczony podziękowałem w takim razie, a Pani poprosiła mnie żebym uregulował z nią należność za to że przyjechała.. :)

Dalszej części opisywać nie będę, ale tak serio... WTF?

Ale żona się o mnie troszczy :)
Biorę mopa, żeby umyć podłogę, a moje kochanie: "Zostaw bo się spocisz"