Niedzielne popołudnie, Polo. Kolejka przy kasie. Za mną rozgorączkowana familia, przede mną - jakiś kolo, przed nim - małżeństwo w średnim wieku, które najwyraźniej dostało cynk, że Rosjanie pojutrze wystrzelą swoje głowice, bo rozładowują na taśmę dwa czubate wózki. Piwo, lody, mięso, czipsy. Wszystko to, co niezbędne w bunkrze w pierwszym tygodniu po wybuchu. Stoimy więc i czekamy. Czekając, niektórzy z nas oddają się drobnym przyjemnościom i obowiązkom. Obserwuję, słucham. Bo lubię. Obserwować i słuchać muszę. Moja wachta nie kończy się nigdy.
Elegancik raczej, pod 30 raczej, wypracowany trójkąt, usportowiona postura, obuwie nowe, niedeptane, dżinsy z luźniejszym krokiem, opięta koszulka w kolorze - każda moja, tak? -, przez lewe ramię przewieszona lanserska skóraszka, sztanga w brwi, wygolony po obu stronach głowy - szerokie pasy od skroni aż po zbrązowiałą od solarki potylicę. Tchnie Acqua di Gio i aurą triumfu w różnych dziedzinach. Dla niektórych Adrian, dla niektórych bożek. Wie o tym.
Nasze zakupy należą do tych skromniejszych. U mnie - owoce i nabiał, typowa redaktorska pasza, u niego - zestaw predatora, szczwanego imprezowicza-jebaki, czyli asceza i moc, tik-taki, kondomy (2 opakowania), red bull i zapalniczka. Czekamy. Najpierw to on dzwoni do kogoś, łasi się, jest miluchem, wręcz mruczy, - no, no, no. będę. tak, będę, będę -, w chwilę potem to do niego ktoś puka. Odbiera po dłuższym namyśle. Też kobieta, z intonacji wnoszę, że z pretensjami, mnożąca pytania.
- Nie, no nie. Mówiłem ci przecież, że dzisiaj nie. Bo nie ma mnie w Zgierzu. No tak. Nie ma mnie w Zgierzu. Mówiłem. Cześć.
To - nie ma mnie w Zgierzu - wypowiedział z takim zaangażowaniem i przekonaniem w głosie, że aż się rozejrzałem. Ej, gdzie jestem? Sosnowiec, Las Vegas? Ale nie - Zgierz. Zgierz jak w mordę, 100% Zgierza. Gruby rudy chłopczyk w dresie z - LEWANDOWSKI - na plecach dłubał w nosie, frasobliwi wąsacze z czułością dobierali bilon na flaszkę, skowane przed wejściem pieski ujadały, kasjerki wymieniały się żartobliwymi przytykami, trwała promocja na sernik z brzoskwinią i ćwiartki z kurczaka, kończył się weekend. Byłem w Zgierzu.
Zapłacił, wyszedł. Przed - zapalił papierosa. Dołączyłem wnet. Dobry słoneczny dzień. Polska naciąga już ciepłem, mocniej wchodzi w rekreację i zieleń. Obcinałem go kątem oka. Trwał w ironiczno-profesjonalnym napięciu niczym surfer wyglądający konkretnej fali, tego idealnego spiętrzenia wody i fartu, dzięki któremu mógł będzie rozpocząć serię ostentacyjnych wyczynów.
Zajechało auto, parknęło z dającym się zauważyć impetem. Wysiadła z niego kobieta. Młoda, ciemnowłosa, ładna dość. Podeszła do niego i wypaliła.
- To ciebie tak nie ma w Zgierzu? Tak ciebie nie ma, k..wa? Tak?!
Regularna scena. Zmieszał się - to mało powiedziane. Gdyby zupełnie nagi, w pióropuszu z piór flaminga karmazynowego i z ubrokaconą pytą omyłkowo wdarł się na czyjąś tłumną stypę zmieszałaby się mniej. Zbladł, zbaraniał, zbełkotał się. Próbował coś tłumaczyć, ee, yy. Na próżno. Palcem wskazującym wycelowała w swoją czerwoną yariskę i powiedziała przez zęby.
- Tam, ku**a.
Posłuchał, poszedł.
