Jakieś dwadzieścia lat temu, wyobraźcie sibie, uczęszczałem do technikum. To taka szkoła zawodowa, tylko się kończy maturą. Między moimi licznymi lepszymi i gorszymi kolegami zjandował się jeden, powszechnie znany jako "Rudy" i to wcale nie z powodu, że miał długą lufę... Któregoś pięknego dnie umówiłem sie z Rudym, że wpadnę do niego wieczorkiem po książkę od technologii obróbki metali. Jak się umówiłem, tak zrobiłem. Stoję pod drzwiami, naciskam dzwonek, po chwili drzwi otwiera kobitka. Ani chybi - mama Rudego. Ukłoniłem się pięknie, "Dzień dobry! Czy zastałem..." I tu czarna dziura w mózgownicy! Za cholerę nie wiem, jak Rudy ma na imię! Odkąd pamiętam, zawsze był Rudy! Co tu zrobić? Więc zakończyłem niefortunnie rozpoczęte zdanie: "...syna?"
Okazało się, że ma na imię Roman...
