Zasłyszane:
W wakacje w małym mieście z okazji iluś tam lat istnienia tegoż miasta władze postanowili zaprosić zagranicznego mistrza aikido (wiecie, sztuka walki, gdzie głównie używa się kija do obrony przed atakami). Mistrz przyjechał - mały, skośnooki, w podeszłym wieku i dał wszystkim ludziom pokaz swoich umiejętności. Na widowni słychać było okrzyki zachwytu i zdziwienia.
Prowadzący, aby nieco ożywić występ mistrza, rzekł do widowni:
- Teraz zapraszam ochotnika na scenę, aby sam mógł się przekonać i sile naszego mistrza. Kto jest chętny? - zapadła cisza. Na samym tyle siedli panowie podobni do tych z ławeczki z 'Rancza' - wiecie, amatorzy tanich trunków. Jeden z nich wydarł się do swojego kumpla:
- Józek, co ci szkodzi, idź! - w ten sposób cała publiczność (prawie całe miasto) zaczęło skandować imię tegoż pana: 'Józek, Józek, Józek', aż skandowany dał się przekonać i wyszedł na scenę. Prowadzący, zadowolony, zę jednak wybór chętnego nie trwał tak długo, dał Józkowi jeden z kijów mistrza i powiedział:
- Józek, teraz uderz mistrza. - Wiecie, chciał prowadzący pokazać, że mistrz wybroni się z każdego ciosu.
- Mogę? - nieśmiało spytał Józek.
- Możesz, Józku, najsilniej jak potrafisz! - zachęcał go prowadzący.
- A mogę? - już chciał się Józek upewnić. W jego głosie było słychać zachwyt.
- Tak, wal! - rzekł zniecierpliwiony prowadzący.
Podobno ten Józek tak wpieprzył mistrzowi tym kijem, że ten padł na ziemię nieprzytomny i cały we krwi. Organizatorzy byli przerażeni tym widokiem, ale ktoś przytomny zadzwonił po karetkę. Mistrz leżał tam tydzień i od razu po wypisaniu ze szpitala wyjechał do siebie.
A Józek? Przez miesiąc stał się lokalnym bohaterem w tym mieście i miał przez ten czas swój ulubiony napój za darmo:-)
