Rzecz cała działa się przed kilkoma godzinami... Idę sobie kulturalnie, jak Pan Bóg przykazał, na spacerek z czworonogiem mym wiernym, aż tu nagle... patrzę... jakaś reprezentacja Holandii pracuje w pocie czoła nad bliżej mi nieznanymi rurami i studzienkami. Kopią sobie jakieś dołki i wkładają w nie takie wieeeelkie rury (bardzo fachowe określenie, czyż nie?). W pewnym momencie koparka wykopała kawałek jakiejś starej rury, która już w tej drodze zakopana być musiała w czasach dawniejszych. Na wieść ową odezwał się szef całego tego bałaganu:
- Panowie... Nosz ku**a, tak dalej być nie może... Przecie kawałek dobrej rury wy***ało (kilka dynamizatorów pominąłem z wiadomych względów). Brać mi się tu zaraz i wyciągać to gówno.
Na te słowa rzuciła się od razu brać holenderska i jęli się mocować z ową rura.
Wyjęli ją w końcu... A była ona potężna, jakieś 5 metrów długości i metr średnicy. Na to znowu ozwał się szef:
- Dobra robota. Macie po piwku gratis dzisiaj.
Na to zagrzmiał jeden z pomniejszych pracowników:
- Ależ szefie... Co to w ogóle za rura? Przecież to do ch**a niepodobne...
Riposta szefa była natychmiastowa:
- Zależy do czyjego...
Powietrze napełniło się gromkim śmiechem braci pracowniczej, a ja pokulałem się posłusznie do domu w celu bliżej nieokreślonym...
