Wracałem sobie akurat do domku do żonki i dzieciątka. W Wołominie wsiedli panowie. Dokładnie chyba ośmiu panów. Wyglądali na robotników budowlanych wracających do domu po tygodniu pracy (rzecz działa się w piątek, chyba w połowie grudnia 2003). Rozsiedli się, pogadali chwilę, zrobili zrzutkę po 3.50 PLN, dali jednemu z nich a ten wyciągnął z torby pół litra trunku wysokoprocentowego i jakiś napój. Zaczęli popijać. Jeden z nich, chudzina drobniejsza chyba od naszego mistrza skoków narciarskich, zamarudził gdzieś na boku i ominął dwie kolejki. Przywołany przez kolegów do porządku posłusznie usiadł z nimi i wypił szklaneczkę. Koledzy, będąc ludźmi honorowymi, polali mu drugą kolejkę (która z racji udziału w zrzutce należała mu się) - biedaczysko, jako że drobiażdżek wzrostu nikczemnego, więc nie bardzo mu trunek wchodził, proponował by któryś z jego kolegów wypił za niego. W odpowiedzi usłyszał, wypowiedziane lekko bełkotliwym głosem, takie oto dictum:
- Maruś, pij i nie marudź. Jak będziesz ru......., to też będziesz sąsiada wołać?
