Mój niespełna 18-letni kuzyn (niemówiący zresztą ni w ząb po angielsku) przebywał na saksach w USA, konkretnie w Chicago, gdzie Polaków na każdym rogu zatrzęsienie. Swojego czasu wybrał się z naszym wspólnym wujaszkiem (z którym zresztą mieszkał) na zakupy do sklepu z częściami samochodowymi. W sklepie tym, jak to w wielu sklepach w Chicago, pracują sami Polacy i Meksykanie. Wujaszek zaczął zamawiać części, a kuzyn stanął sobie grzecznie z boku przy ladzie. Jeden ze sprzedawców, oczywiście Polak, podszedł do niego i czystą polszczyzną (w końcu nie trudno poznać rodaka po twarzy) zapytał:
- Może w czymś pomóc?
Na co stremowany kuzyn:
- NO ENGLISH!!!
