Historia lubelska. Dziewczynie zdechł ukochany psiak. Ponieważ nie miała gdzie go "pochować", postanowiła udać się na koniec Lublina, gdzie utlizowano nieżywe zwierzęta za całkiem spore opłaty. Trudno - przecież nie zakopie go pod blokiem. Dzielnica niezbyt ciekawa, pełno dresików, żuli, złodziejstwa i innych pisofszitów. Wsiada do autopka z pupilkiem w ogromnym pudle w reklamówce. Po jakimś czasie dosiada się autochton dzielnicowy - ale, że niczego sobie, to i pogawędka się kręci. W pewnym momencie pada pytanie:
- Co tam masz?
- Yyy [konsternacja]... - chcąc nie odwalić kichy i niewiele myśląc -Komputer! - odpowiada z triufem niewiasta.
Empek dojeżdża do miejsca przeznaczenia, dziewczyna szykuje się do wysiadania, po czym zrywa się i dresik rycersko powiadając:
- To na pewno ciężkie, pomogę Ci, akurat idę w tamtą stronę!
Laska protestuje, ale chłopak nalega, w końcu nie ma wyjścia - trzeba się poddać. Dziewczyna kombinuje pod kopułą, jak uniknąć wstydu, w końcu koleś nie taki najgorszy. Tymczasem podchodzą do drzwi, pełna kultura, puszcza laskę przodem dzierżąc pakunek w dłoniach.. i lota! :)
