Matma w liceum. Nauczycielka słynna z szczerych i dość niekonwencjonalnych czasami tekstów. Przekształcamy wielomiany.
- Jeden przykład wam zrobiłam. Teraz róbcie sami, w końcu macie się tego nauczyć.
Wszyscy pochylili się nad zeszytami. Za chwilę odzywa się kolega:
- Mogłaby Pani ten drugi przykład też rozwiązać, bo jakoś nie idzie...
- Tak! Mogłabym! Mareczku, ja wam mogę rozwiązać wszystkie te przykłady, ale mnie się to kojarzy z taką sytuacją: to tak jakbym miała wziąć do ust wasze jedzenie, porzuć trochę i wypluć, żebyście mogli to zjeść! Przecież to obrzydliwe już jak się słucha, a jak obrzydliwie musi wygląda!!!
Śmiech i konsternacja... wszyscy znów pochylili się nad zeszytami. Po 5 minutach nieudanych prób druga osoba:
- A czy mogłaby Pani chociaż włożyć ten przykład do paszczy...?
