Około 15 lat temu przyjaciel mojego ojca (30 latek, z zawodu kierowca) wracał nad ranem do domu dość poważnie wstawiony. Tak pijany że nie mógł ustać na nogach ale auto osobowe był w stanie jakimś cudem prowadzić. Jednak z marnym skutkiem gdyż na jednym z zakrętów stracił panowanie nad pojazdem i wpadł do pobliskiego rowu. Po przyjeździe policji leży poturbowany na siedzeniu pasażera z przodu i mówi do policjanta:
(K-kierowca P- policjant)
K: Panieee o mało mnie nie zabił wariat jeden
P: Z kim pan jechał?
K: Nie wiem, bo ja żem jest pijany przecież pan widzi a ten co jechał nie dość że o mało mnie nie zabił to jeszcze mnie zostawił
