Wieczorową pora spacerowałam sobie z koleżanką po starym mieście, od jakiegoś czasu łaził za nami jakiś facet, krok w krok za nami, wręcz czułyśmy jego oddech na swoich karkach... zatrzymałam się, żeby ów pan mógł sobie spokojnie przejść, przeszedł obok nas, po czym się zatrzymał, odwrócił, podszedł do nas i nawiązała się taka o to rozmowa-
on: przepraszam Cię bardzo, ale czy mogę Ci zadać pytanie?
ja: nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na "per Ty", ale słucham
on: otóż założyłam się z kolegą, że klepnę którąś z was w pupę i teraz moje pytanie, czy mogę to zrobić
ja: tak, oczywiście, tylko widzisz, to się wiąże z pewnymi konsekwencjami
on:???
ja: otóż ja się dzisiaj założyłam z koleżanką, że pierwszy facet jaki się do mnie dzisiaj odezwie dostanie liścia
- tu nastąpił charakterystyczny "plask", po czym salwa śmiechu moja, koleżanki i jego kolegi tarzającego się po ziemi
