Zdajemy egzamin u dr M. z logiki.. dość specyficzna i barwna postać KUL-u, żyjący światem logiki i filozofii nieszkodliwy i bardzo sympatyczny wykładowca, postać wręcz legendarna naszej alma mater. Zaliczenie polega na tym, że pisze na kartce zadanie, po czym należy się udać na koniec sali gdzie leży sterta książek i notatek, pilnie zgromadzonych przez cały rok i usiłuje się znaleźć rozwiązanie. Pomimo tak ogromnej legalnej pomocy naukowej zdawalność egzaminu zazwyczaj kończy się na 3. Idąc za radą poprzednich roczników mało kto przygotowuje się wcześniej, gdyż rezultat egzaminu nigdy nie jest do końca pewny. Wchodzę na egzamin druga w kolejności, przede mną jest rzecz jasna zupełnie nieobryty w temacie logiczności kumpel. Dr M. wpisuje mu finalnie z wielkim bólem 3, tłumacząc że nie może go tak oblać na sam początek dnia. Teraz moja kolej - przedstawiam dr moje wypociny, po czym dociera do moich uszu narzekanie na temat mojej małej wiedzy. Suma sumarum dr M. stwierdza:
-Nic pani nie umie, ale skoro takiemu głąbowi jak kolega wcześniej postawiłem 3, to żeby było równouprawnienie Pani też muszę!
:D
