Ostatnio bawiliśmy się na jednym weselu. Wesele było organizowane poniekąd chałupniczo - najpierw uroczysty obiad dla rodziny, tydzień później biba dla znajomych. Bibę zorganizowano w zaprzyjaźnionym ośrodku kultury, żarcie przygotowałyśmy całą babską ekipą, młodzi zadbali o część rozrywkową, zaś kolega Witula, powołując się na jakieś tam znajomości hurtownicze obiecał przytransportować alkohol.
Impreza już się zaczęła, młodzi odebrali od wszystkich życzenia i prezenty, gotowiśmy się bawić, a Witusia - nie ma. DJ puszcza imprezowe lodołamacze, ludzie wskakują na parkiet, zabawa trwa już godzinę, a Witusia - nie ma. Zaczynają się rozmowy na ten temat. Jedni niecierpliwią się brakiem napojów wysoko gazowanych, inni martwią się, że może coś mu się stało, jeszcze inni już układają scenariusze, co tym razem Wituś mógł wywinąć, łącznie z opcją, że zapomniał o imprezie. I w chwili, kiedy po towarzystwie krążył już kapelusz ściepowy na zakup czegoś dla przetrwania do przyjazdu alkoholu właściwego - pojawił się Witula. Od progu przepraszał, w pas się kłaniał i tłumaczył, że trafiła mu się najdziwniejsza kontrola drogowa w życiu.
Wyjechał z domu dość późno, a znajomą hurtownię miał aż w Sochaczewie (jakieś 70 km od miejsca imprezy), zatem dociskał mocno gaz. W drodze powrotnej "misie" zamachały mu lizakiem. "Przekroczył pan dozwoloną prędkość o 48 km/h, to będzie tyle to a tyle złotych mandatu i tyle to a tyle punktów karnych" no i rutynowa kontrola - dokumenty, apteczka, bagażnik... I nagle dziwnym zrządzeniem losu policjanci po prostu oddali mu dokumenty, pouczyli, życzyli szerokiej drogi i puścili bez mandatu. Faktycznie - dziwnie. Przy takim przekroczeniu prędkości raczej nie udaje się wymigać od mandatu, a tu taki psikus?
Zagadka wyjaśniła się po otwarciu bagażnika, gdzie zauważyliśmy, że z jednej ze skrzynek z wódką ubyły trzy butelki.
