Moja babcia, niegdyś pracująca w wojsku, opowiedziała mi pewną anegdotę. Jej kolega, żołnierz, razem z innymi "obrońcami narodu" brał udział w ćwiczeniach przeprowadzanych w lesie. W lesie jak w lesie - strasznie dokuczały im komary. Jeden z żołnierzy pożyczył kolegom buteleczkę płynu odstraszającego komary, którym ci zaraz się pokropili. Jak się wkrótce okazało, tym "specyfikiem" była słodzona woda, przez którą komary dokazywały jeszcze bardziej. Drużyna postanowiła zemścić się na żartownisiu. Nocą, gdy ten spał, wywlekli go na dwór, ściągnęli mu spodnie i obficie nasmarowali "czułe miejsce" płynem z buteleczki. Cóż, rano delikwent obudził się, delikatnie mówiąc, dość dotkliwie pokąsany przez komary w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę...
