Znalezione na wykopie komentarz odnośnie anegdot informatyków :)
Byłem takim 'osiedlowym serwisantem' w czasach liceum... opiekowałem się zaprzyjaźnioną kancelarią adwokacką. Było tam 5 komputerów, serwerek wydruku i router na linuxie (wtedy routery sprzętowe do ADSL były piekielnie drogie)... dostaję telefon 'nie działa internet, wpadnij po szkole...'. Zaiwaniam więc po szkole do nich, a tam siedzi 'szefa, syna, brata, znajomego syn...' na oko jakieś 14 lat... i reinstalke windowsa tłucze na komputerze księgowej. Oczywiście sterowników brak, oprogramowanie firmowe nie chce odburzyć no i aplikacja dostępowa do banku, przeinstalowana z płyty wymaga autoryzacji hasłem, które podaje się po ustawieniu kanału dostępowego (dawniej wyglądało to tak, że 'dzwoniło się' modemem do banku i na podstawie tego hasła można było robić 3 transakcje dziennie). Oczywiście hasło zapisane było w programie, zaraz po jego instalacji wiec nikt w firmie nie miał pojęcia jak ono brzmiało. Dzwonię więc na infolinię, wypytany w imieniu szefa o numer buta, fiu-ta, etc. Miła pani w słuchawce milknie... i oznajmia "Nie mogę panu podać hasła przez telefon. Poproszę o adres korespondencyjny, wyślę kopertę z aktywacją". Pytam więc CZEMU? Przecież wypytała się o wszystko co możliwe, przedyktowałem połowę KRSu, umowy z bankiem, numery kart, etc. etc. Cisza... po 10 sec. słyszę "pier-dolo-ny chu-j, pisane małymi literami, bez spacji - to jest hasło". Tym razem ja zaniemówiłem...
Gdyby to była wulkanizacja, firma transportowa, kurde - apteka. Zrozumiałbym. Ale adwokat? Doktor prawa?
