Opowiem wam pewną historię, która wydarzyła mi się podczas mojego pobytu na Alscę tego roku. Zapewne większość z Was wie, że na Alasce dróg za dużo nie ma i dlatego bardzo popularne są samoloty. Latają wszyscy, są nawet taksówki powietrzne. Latałem więc i ja. Problem jest jednak, gdy wylot z Anchorage do Togiak (małej wioski) ma się wcześnie rano. Tak tez się złożyło, że z Denali Parku wróciliśmy około 1 w nocy i po całodziennej jeździe w samochodzie pozwoliliśmy sobie na trochę większe piwo (bo w USA wszystko jest duże), położyliśmy się późno spać i - zaspaliśmy. Fakt, na lot zdążyliśmy, ale na pokład wszedłem zaspany, zmęczony, głodny, spragniony itp.
Lecimy już sobie, ja nadal w letargu a tu idzie Stjułardessa i rozdaje coś. Doszła do mnie, pyta czy chce, ja oczywiście, że tak, w końcu jestem taki kurewsko głodny. Rozerwałem szybko torebeczkę, patrze dwa orzeszki. Dobre i to. Koleżanka siedząca obok mówi:
- Jak cheetosy (chrupki takie- przypomn. autora), więc ja pah jednego do buzi i żuje, żuje.
Koleżanka, kumpel i Eskimos (ludzie siedzący najbliżej mnie) patrzą na mnie z otwartą buzią a ja żuje nadal.
- Czemu oni się tak patrzą - myślę sobie - może jestem brudny?
- JAKIEŚ TAKIE K***A BEZ SMAKU - w końcu mówię do nich.
A oni w śmiech. Ja patrze a Błażej tego cheetosa w ucho sobie wsadził. Myślę, debil. Patrze na papierek a tam piszę, że to - zatyczki do uszów :)
