Jechałem swego czasu pociągiem, i w przedziale naprzeciw mnie siedziała sobie parka. On, około 50 lat, wielki, czerwony, nabrzmiały od alkoholu nos, wygląda koleś tak, jakby nie trzeźwiał od ukończenia podstawówki. Ona: w podobnym wieku , podobny wygląd, w analogicznym stanie trzeźwości. Przytuleni do siebie jak dwa nastolatki, otoczeni alkoholową aurą. Po chwili do przedziału wszedł niewysoki Tybetańczyk o wyglądzie Dalajlamy, w pomarańczowej tunice rodem z filmów kung-fu. Z widocznym wysiłkiem tachał za sobą torbę 2x większą od niego samego. Zapragnął zapewne wyrzucić ją na góre na półkę, ale chyba nie czuł się na siłach bo jakoś tak patrzył niepewnie to na półkę, to na nas, w końcu żul z czerwonym nosem wstał, jedną ręką złapał bagaż i cisnął go na górę, po czym usiadł. Tybetański mnich zrobił oczy jak talerze, pokiwał głową z nabożnym uznaniem tudzież zdumieniem przeogromnym jacy to mocarze kraj nad Wisłą zamieszkują, po czym powiedzieć raczył:
- You are veeery strooong maaan....
Na to menel odwrócił się:
- A bo to panie, trzeba dużo salcesonu jeść !!
