Było to w wakacje, jeszcze za wspaniałych lat gimnazjum. Nadszedł czas wakacji w rodzinnej wsi, w której akurat odbywał sie odpust (taka wiejska impreza, gdzie można kupić różne rzeczy na straganach itp.) Oczywiście po mszy poszliśmy do rodziny na obiadek. Wiadomo, obiadek na sucho nie przejdzie, dlatego też chcąc się odstresować kupiliśmy parę butelek wódeczki. Usiedliśmy sobie grzecznie na parterze i zaczęliśmy rozprawiać flaszeczkę, podczas gdy cała rodzina bawiła się na piętrze.
Wtem usłyszeliśmy z kuchni, która znajdowała się za ścianą, jak mój wujek zaczyna kląć. Poszedłem zatem sprawdzić co się stało. Wszedłem do kuchni i ujrzałem wujka próbującego sobie nalać kolejkę, ale że butelka była z dozownikiem to za nic w świecie nie mógł nalać. Więc ja, jako że jestem samarytaninem wziąłem od niego butelkę i nalałem mu do kieliszka, mówiąc: "patrz wujek jak to się robi". Gdy już napełniłem ów naczynko, spojrzał na mnie złowrogo pytając: "pijesz?".
Udając głupiego odpowiedziałem zmieszany: "nie no skąd?". Wujek jednak nie w ciemię bity odparł: "ja wiem, że pijesz, przyznaj się". Pomyślałem sobie "Jezu, zaraz będę miał wykład. Zacznie ze mną pouczającą rozmowę, co tu robić?". Jeszcze raz spytał: "Pijesz, prawda?" Nie mając wyboru, odpowiedziałem ze spuszczoną głową: "piję".
Wujek na to wykrzyknął bez zastanowienia: "NO I GIT!!!!"
