W pewnym wrocławskim klubie, gdzie puszczają głównie rocka i złazi się masa najprzeróżniejszych subkultur, potknęłam się przy barze i wpadłam na długowłosego, przystojnego faceta (na marginesie - głównie w takich gustuję i wywaliłam jak długa. Podniosłam zawstydzona wzrok z podłogi, z której się właśnie zbierałam, i wymamrotałam przeprosiny, a on na to: przecież ja jestem metalem, nie tak łatwo mnie uszkodzić... Uśmiechnęłam się i wstałam, bo wydało mi się to całkiem zabawne i gotowa byłam nawiązać z nim jakąś miłą rozmowę, a on nagle zgiął się wpół i ZARZYGAł MI BUTY.
