Uniwersystet łódzki, Dr M.
Siedzimy na sali, pan doktor zebrał na biurko indeksy i wpisuje oceny. Że wszyscy zudzeni, to usiadłam na ławce przed nim i tak zagadywałam trochę, jednocześnie patrząc mu na ręce, czy dobrze pisze (tak jak prosił). Nagle na salę wpada spóźniony kolega (za którym nie przepadam, bo mnie specjalnie zaczepia i drażni) i kładzie indeks na wierzchu stosu. Ja podirytowana mówię, że kolejka była, więc on na koniec. Kolega kłóci się, że musi iść szybko na przeszczep trzustki, na co zaproponowałam mu moją (mam cukrzycę) - w międzyczasie pan doktor dyskretnie wsunął indeks kolegi na samiutki spód, a ten się nie zorientował.
No i pan doktor tak wypisuje i wypisuje, w końcu kolega podchodzi znowu. Zorientował się, gdzie leży jego indeks i coś zaczął do siebie mamrotać. Dr M. widać też już nie wytrzymał, wyjął indeks i mówi:
- No dobrze, skoro panu aż tak się spieszy, to w ramach solidarności siusiaków...
