Historię tą opowiedział mi kolega, a pięciu innych potwierdziło, więc można uznać ją za wiarygodną. Otóż, odbywała się impreza sylwestrowa, mocno zresztą zakrapiana, w której udział brał nieletni chłopak o nazwisku Kasprzak. Całkiem przypadkowo takie samo nazwisko nosi jeden z wysoko postawionych oficerów policji w województwie. To tyle tytułem wstępu.
Po zakończeniu imprezy Kasprzak postanowił wrócić do domu. Autobusy o tej porze nie kursowały, a wszystkie taksówki były pozajmowane. Jedyną możliwością było "złapanie stopa", ale, jako że Kasprzak był w stanie mocno wskazującym, nikt nie chciał się zatrzymać. W końcu udało mu się złapać samochód. Ucieszony, spytał kierowcy, czy go nie podwiezie. Był jednak tak zapijaczony, że nie zauważył, że kierowca i jego kolega są policjantami jadącymi radiowozem. Zgodzili się i wpakowali biednego chłopca na tylne siedzenia radiowozu z zamiarem zawiezienia go na izbę wytrzeźwień. Kasprzak zaś, dalej niezorientowany, zaczął jeść chrupki, które miał ze sobą. Policjanci zaczęli go wypytywać o wiek, a on zaczął coś tam bełkotać. Zatrzymali się 200 metrów od jego domu i wylegitymowali go (powinni wcześniej, ale taka już jest ta polska policja). Gdy zobaczyli nazwisko przełożonego, przestraszyli się, że to jego syn i zostawili go ze słowami: "I żebyśmy cię więcej nie widzieli!".
Mimo, że Kasprzak miał parę kroków do domu, powrót zajął mu dwie godziny. Był zły, że kierowcy tak niemile go potraktowali.
