Sylwester się zbliża więc przypomniała mi się pewna sytuacja, która miała miejsce kilka lat temu.
Ogólnie Sylwester na zasadzie "domówki". Chlejemy (bo wtedy to była rozrywka) aż boli. Pewien kumpel poznał pewną dziewczyninę no i... zaiskrzyło. Całowali się bez przerwy, do znudzenia. Mieliśmy wtedy chyba po 14 czy 15 lat. W pewnym momencie dziewoja ogłasza, że musi iść bo obiecała rodzinie że wróci o 2 do domu. Kumpel stwierdzi że ją odprowadzi (bo było niedaleko) ale sam nie chce wracać. Po kilku minutach ożywionej dysputy doszliśmy do wniosku że ja wyjde z nimi bo spacer mi się przyda (w sumie faktycznie). Idziemy sobie tak i idziemy, ja się ciągnę za nimi (bo co mam im psuć ostatnie wspólne chwile) aż wreszcie docieramy na miejsce. Jako że nie chciałem nadal przeszkadzać zostałem tam gdzie się zatrzymałem (na masce samochodu) a oni poszli pod klatkę. Patrzyłem sobie na nich jak to gadają, całują się aż postanowiłem popatzeć na okolicę. Spojrzałem za siebie, obok siebie i w końcu spojrzałem na nich. Bogu dzięki że spojrzałem bo to co zobaczyłem...
W pewnym momencie dziewczyna straciłe panowanie...
Puściła pawia na mojego nic nie spodziewającego się kumpla bez odrywania swoich ust od jego.
To jeszcze nic...
Usłyszłem tylko:
-Przepraszam
-Nic się nie stało - odpowiedział wycierając resztki kolacji z twarzy
