Wybrałem sie kiedyś z moim trzyletnim synem na zakupy.Sytuacja przy kasie ; pośpiech,że nawet nie zwracam uwagi na ciągłe pytania małego dosłownie o wszystko,jakby diabeł w niego wstąpił.,wisi na mnie uczepiony jak małpa lampy z ciągłym tato,no tato.Dobra myślę ,dam radę, pochylam się między wydawaniem reszty i pytam - o co chodzi ?
Mały poważnym głosem- <chces zelka ?>. Ja niewiele myśląc otwieram paszczę i mówię -pewnie,wzrokiem kontrolując wydawane pięniążki i jednocześnie pakując .Udało się.Wracam sprężystym krokiem,w myślach jeszcze tętent koni,przerwany pytaniem małego -i co ? smakował ?.
Ja: -A właśnie, kto cię żelkiem poczęstował ? Bo nie widziałem.
Mały: -Nikt........ do buta mi się przykleił.
Umarłem.
