Sytuacja miała miejsce kilka tygodni temu, podczas wyjazdu w góry. Kilka osób w samochodzie. Wszyscy ok. No, prawie - oprócz ’młodego’, który wracał do zdrowia po całonocnych imieninach.
Przerwa w podróży. Jakaś niewielka miejscowość. Dosyć podła knajpa wypełniona tzw. „lokalnym folklorem”. Dwie sale. Siedzimy w jednej z nich popijając kawę, a młody w stanie „standby” przelewa się z krzesła na stolik i zaślinia plastikowy obrus.
Nagle do lokalu wpada jakiś osiłek w stroju ludowym. 2x2, 150 kg wagi. Oczy przekrwione. Biega między stolikami jak kot z pęcherzem i krzyczy:
- Chudy! Chudy! Gdzie ty k***a jesteś?
Trwa to chwilę. Facet coraz bardziej wkurzony, przewraca krzesła, szuka pod stolikami czy aby Chudy tam nie siedzi. Ludzie lekko wystraszeni, rozmowy przycichły. My też staramy się nie rzucać się w oczy - przecież nie znamy zwyczajów tubylców.
Nagle młody budzi się. Ze zdziwieniem rozgląda się (ostatnio był przecież w samochodzie) wystawia rękę w kierunku drugiej sali i woła coś po „klingońsku”. Po czym pada znów „pyskiem na twarz”.
Przypakowany gość chwilę się zastanawia, po czym biegnie we wskazanym kierunku krzycząc:
- Chudy! Chudyyyy!
My w lekkim szoku. Pada decyzja o szybkiej ewakuacji. Klient może nie być zadowolony z naszej „pomocy”. Krótka narada, kto taszczy młodego do samochodu, kto zostaje by zapłacić. Startujemy z miejsca...
Wtem osiłek wpada z powrotem do sali. Ciągnie jakiegoś gościa za fraki. Rozgląda się nerwowo. Zobaczył młodego. Zaczynamy się w panice wycofywać. A dres rzuca:
- Dzięki stary!
