Sytuacja dzieje się w Zielonej Górze, tuż przed upadkiem PRL-u, kiedy to żeby coś kupić trzeba było mieć znajomości, lub pohandlować z ruskimi. Ojciec chciał dzielnie wykonać kilka prac domowych jednak zabrakło mu wiertarki. Poszedł więc na rynek i odszukał rosłego kacapa w płaszczu po kostki, który na pierwszy rzut oka skrywał skarby niesamowite.
Już miał zagadnąć, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia jak powiedzieć to po rosyjsku. Wpadł więc na pomysł, aby pokazać mu o co chodzi. Zaczął więc wprawnie gestykulować jak to też wiertarki się używa, na co jegomość rozchylił płaszcz, ukazując wspaniałą kolekcję karabinów AK-47 z pobliskiego poligonu informując jednocześnie zdębiałego klienta:
- U mie patronów niet... jeno maszyny.
