Znajomy był jakiś czas temu w czarnej Afryce.Postanowił zwiedzić miejscową atrakcję turystyczną - groty (wydaje mi się że to było w Zambii).Żeby tamtejszym tradycjom biurokratycznym stało się zadość, przed grotą siedzi umundurowany obywatel i wpuszcza pojedynczo po uprzednim wypełnieniu stosownych dokumentów.Znajomy po kilkuminutowym, uwieńczonym sukcesem, spellowaniu "ulica Piołunowa" dojeżdża wraz z urzędnikiem do rubryki "kraj", mówi "Poland". Facet się cieszy jak dziecko, rzuca się znajomemu serdecznie na szyje i krzyczy, że się bardzo cieszy widząc gości z tego kraju, bo jego brat jest w
Amsterdamie.Mój znajomy tłumaczy grzecznie,że Polland leży niestety 1000 kilometrów od Holland.Wzbudza to jeszcze większą radość - facet wyraża przekonanie, że to musi być w takim razie blisko Ameryki.Znajomy wyraża żal, że Ameryka jest kilka tysięcy kilometrów od jego domu. Facet go pociesza, że w takim razie musi mieć blisko do Australii, a tam podobno też jest ładnie.
Znajomy mówi, że przystał na wersję z Polską na antypodach, bo było gorąco.
