Podczas pobytu za granicą uparłem sie, że sa sobie poradzę bez pomocy "tubylców". Kwestie językowe opanowane miałem raczej średnio. Ale od czego słowniki i "rozmówki". Pewnego dnia zespuł nam się odkurzacz. Posłali mnie do dużego marketu technicznego po jaki jeden malutki element - bo sprzęt naprawić umielismy. Biore "rozmówki" - szukam słówka - nie ma. Sięgam po słownik - jest. Hurra. Powtarzam w głowie słówko kilka razy po czym wpadam do sklepu i radośnie, z ufnością - informuje panią za ladą, że nie mogę na żadnej z półek znależć łożyska. Kobietka - młoda - zrobiła sie czerwona, potem sina, potem otworzyła usta i wzwała na pomoc ochronę. Na szczęście udało mi się ich przekonać, że nie jestem zboczeńcem i na prawde potrzebuję takiego małego wichajstra z kółeczkami. Ale sie najadłem wstydu... Potem nieszczęsna kobietka
musiała mnie obsłużyć - przyjmując pieniądze w kasie - w ogóle na mnie nie spojrzała. Nie wiem czemu...
ps. W słowniku nie było rozróżnienia na łożysko techniczne i medyczne.
