Koleżanka urządzała urodziny (18-te) na działce. Jej ojciec za altanką na ów działce hodował króliki, więc już parę dni wcześniej zabraniał na na tą imprezę brać psa, z obawy, że go nie przypilnujemy i podusi króliki...miał jakieś rzadkie okazy, zwłaszcza biała królica była wartościowa. Nie posłuchaliśmy go i cichaczem zabraliśmy ze sobą psinę ;P Zabawa trwa, nagle pies przynosi białą, nieżywą królicę i składa ją u stóp koleżanki jako trofeum. Panika. Nagle ktoś wpadł na pijacki pomysł, żeby wykąpać w beczce z deszczówką utytłaną w ziemi królicę, wysuszyć, ją, wsadzić do klatki, klatkę zamknąć, będzie, że zdechła sama z siebie :P jak uradziliśmy, tak zrobiliśmy. Znowu biała i puszysta królica znalazła się w klatce i udawała, że żyje :) traf chciał, że na drugi dzień byłam u koleżanki w momencie gdy jej ojciec wrócił z działki na której oceniał straty po imprezie. Siadł, zwiesił głowę i zakrył twarz rękami zaczął coś mamrotać, z trudem dało sie zrozumieć: "ja zwariowałem...ja zwariowałem". Gdy przerażona mama koleżanki zaczęła sie pytać o co chodzi jej tato wyszeptał: "biała królica, ta która zdechła trzy dni temu i którą zakopałem pod jabłonką siedzi znowu w klatce zamknięta od zewnątrz..."
Po niezrozumiałych dla niego wybuchach salw śmiechu wytłumaczyłyśmy mu z koleżanką, ze jednak nie zwariował :DDD
