Siedziałam na rynku w obcym mieście, miałam dużo czasu do pociągu. Jakiś koleś najpierw moczył się w fontannie i co jakiś czas się zbliżał do mnie. W końcu usiadł na ławce i zagadał:"e, laleczka, zimna woda?" Zlałam go totalnie, to sobie poszedł.
Posiedziałam jeszcze chwilę i poszłam na PKP. Jakoś dziwnie się czułam, odwracam się, a ten koleś idzie za mną Z WIELKĄ GAZETĄ przed ryjem. (Nie muszę dodawać, że był "zajebiście" ubrany i do tego włoski na żelik jak Elvis i łancuchy całość dopełniały adidaasy z 4 paskami ) Śledził mnie tak całą drogę, na PKP zapytał czy lubię lody i czy dam sie zaprosić (o matko), w końcu mówię idź pan daj mi spokój ja jestem zajęta, a on do mnie "tym się nie martw, jakoś to załatwimy"
Takiego fagasa to ja w życiu nie widziałam :)
