Miałem takiego kolegę ze wsi w liceum. Koleś był spoko i go lubiłem,
ale zaznaczyć trzeba, że klął jak szewc.
No i razu pewnego Romek (tak go nazwę) przysnął sobie na lekcji historii. Wziął się tak ładnie walnął na ławkę i objął głowę rękami. Nauczyciel omawiał cośtam i łaził sobie pomiędzy ławkami. W pewnym momencie przyuważył w/w kolegę, podszedł i mówi do niego cichutko:
Nauczyciel (N)- RomuÅ›
Romek (R)- <nic, cisza>
N:- Romek
R:- <znów nic, cisza>
N:- Romek! <szturchajac>
R:- Co jest k..wa!!??
Do dziś pamiętam minę ich obu. Dobrze, że psor był wyrozumiały.
