Jako mały dzieciak (ok. 4-5 lat) bardzo lubiłem ogień. W końcu każde dziecko musi znaleźć sobie coś ciekawego i zarazem niebezpiecznego. Pewnego razu podczas wędrówki po domu dojrzałem w kuchni zapałki. A że były raczej wysoko to pomogłem sobie taboretem i jakoś je dorwałem. I zacząłem myśleć gdzie się udać z tymi zapałkami i co można z nimi zrobić. Wpadłem na pomysł aby się schować w szafie. Ale wiadomo, że do tego sprytnego przedsięwzięcia potrzeba więcej niż jednej osoby, ponieważ sam nie mógłbym się zamknąć w tej szafie. Zatem wziąłem do spółki brata (2 lata starszy). Wlazłem do szafy, on mnie od zewnątrz zamknął i nareszcie mogłem się cieszyć cenną zdobyczą. Wyjąłem zapałkę i zapaliłem.
Dalsza cześć historii jest już z opowiadania osób, które mnie ratowały m.in. rodziców, ponieważ sam tego nie pamiętam. Rozległ się mój głośny płacz i do pokoju ktoś wpadł i mnie wyjął z nieszczęśliwej szafy, zauważając, że zdążyłem sobie podpalić spodnie, a te na złość wtopiły się w skórę. Przez tydzień chodziłem do szpitala, aby wydłubali mi cale odzienie z rany... A dzisiaj mam wspaniałą pamiątkę na nodze, która mi przypomina szalone dzieciństwo.
