Wczoraj miałem zaszczyt goscić księdza (z okazji kolędy). Kolęda rozpoczeła się o 15:00, ksiądz dotarł do mojego mieszkania o 19:50 (wierzowiec, 11 pięter, 8 klatek, mieszkam w ostatniej, na 1 piętrze...). Ksiadz wchodzi uradowany, odmawiamy modlitwe, siadamy i zaczyna zagadywać. My oczywiście lekko poddenerwowani, bo cały dzień stracony,ale trudno. I tu taki dialog:
<ksiądz> To co? Jaką kolęde sobie pośpiewamy?
<brat> My nie mamy głosu :/
<ksiądz> No daj spokoj, nie trzeba być odrazu silikonową Dodą-elektrodą, żeby sobie kolędy ponucić!
I zaśpiewaliśmy ^^
Preisiok :)
