Kilka tygodni temu w zimny sobotni wieczór po obfitych deszczach razem z kilkoma kolesiam (19-25)i wyszliśmy na dwór pogadać. Staliśmy w jedynym nie splugawionym przez błoto kole trawnika. Jak to bywa rozmowa klei się dopiero po kilku piwach, przewidziawszy to zakupiliśmy kilka reklamówek owego trunku. Piwko, papierosek, rozmowa o prozaicznych rzeczach. Po etnej puszcze każdy przekrzykiwał drugiego, śpiew, krzyki, zataczanie się, śmiech taka sytuacja trwała dość długo. Ciemna noc trwa, telebocząc się na zimnie z piwem w reku trwamy również. W pewnej chwili Krzysiek postanowił się odlać, odwrócił się, z rękami w kieszeni oddala się. Jednak jakaś nie moc chwyciła jego nogi co spowodowało upadek w błoto. Ręce w kieszeni, twarz w błocie, leży nie ruchomo. Po kilkunasty sekundach zamilkliśmy, Rafał podszedł do plażowicza a w jego głosie prócz odoru alkoholu dało się wyczuć troskę i strach:
-Krzychu!!! Żyjesz??!!
Krzysztof uniósł lekko głowę i zmarnowanym głosem:
-Żyje...ale co to za życie...
