Ostrzegam, może być obrzydliwe ;) I nie każdego śmieszyć.
łońskiego roku w naszym poznańskim akademiku Jagienka robiliśmy z kumplami i kumpelami pięciokrotną imprezę urodzinową, była wuchta ludzi spoza akademika i działy się takie rzeczy, że cieć trzy razy przychodził nas uciszać. Generalnie jedna z najlepszych imprez w moim życiu. Ale to, w jaki sposób została spointowana, bije wszystko.
Rano budzimy się w pokoju ja i kumpel, z którym robiliśmy te urodziny. Smród nie do wytrzymania. I dialog:
- O k*a, ale smród... zaarzygaali nam poookój... - biadoli kumpel, a śmierdziało naprawdę brawurowo. Coś mi się tam w mózgu poprzestawiało, załączyły jakieś slajdy z zeszłej nocy (jak to się mówi, zaliczyłem zgona), i tak szybko jak mi się to zaczęło przypominać, mówię:
- To nie rzygi...
- A co?
- Kupa...
Ktoś z imprezy wparował nam w nocy do pokoju i postawił sobie klocka na laczkach trzeciego współlokatora...
