Ostatnio przychodzę do domu, siadam do obiadu, jem i widzę, że mama się coś dziwnie na mnie patrzy. Więc pytam: "Co jest?" a ona ze skruchą: "ufarbowałam ci koszulki...". No to ja wkurzony idę do łazienki i oglądam zniszczenia... Ta ufarbowana, ta i ta też, ale na jednej nie zauważyłem zmian. I pytam: "ta też?". A mama na to: "Tak, na szczęście tylko lekko zafarbowana. Zresztą... nie musi być taki zajebisty pomarańczowy, nie?". Szczęka opadła, podłoga do wymiany, a mama jeszcze: "No co? Trzeba iść z duchem czasu..." :D
