Jakąś godzinę temu umówiony byłem ze znajomym - on ma samochód w warsztacie, ja miałem akurat pod blokiem, więc zgodziłem się go podrzucić w pewne miejsce. Zapomniałem tylko o jednym - samochód od wczoraj nie był ruszany, więc na szybach zalegała spora warstwa szronu. Skrobaczka i odmrażacz jedenaście pięter wyżej (zapomniałem zabrać ze sobą), mało czasu...
Od kilku już chwil moje ruchy obserwowała niewielka grupka wyrostków, najwyraźniej nie mających nic lepszego do roboty. Ja tymczasem wpadłem na pomysł. W bagażniku wożę zawsze zapas płynu do spryskiwaczy. Traf chciał, że akurat był to pięciolitrowy kanisterek, bez żadnej naklejki... Wyrwałem go z bagażnika, odkręciłem i zacząłem regularnie ochlapywać szyby samochodu. Ciecz wylewała się z kanisterka, wyrostki były coraz bardziej zaintrygowane.
Szyby zostały zmoczone dostatecznie, szron się roztopił, zakręciłem więc kanisterek, pewnym ruchem wrzuciłem do bagażnika i zacząłem gmerać w kieszeni kurtki, szukając kluczyka, który gdzieś tam się zapodział.
Napięcie sięgnęło zenitu, aż w pewnym momencie, nieświadom wrażenia, jakie wywołałem, usłyszałem cichy szept jednego z młodych ludzi: "Jak go podpali, to wiejemy!".
